🖋️ Archiwum C – sprawy tak dziwne, że aż prawdziwe
Magnetyczna burza z 1770 roku była jednym z najbardziej niezwykłych zjawisk w historii ludzkości. We wrześniu tamtego roku na niebie nad Azją Wschodnią pojawiły się intensywne czerwone i zielone światła, które przez dziewięć dni rozświetlały noc. Ludzie od Chin po Japonię opowiadali, że niebo płonęło jak od ognia, a lampiony można było zgasić, bo zorze dawały własny blask.
W tamtym czasie nikt nie rozumiał natury tego zjawiska. Kronikarze pisali o „ognistych smokach”, „krwi na niebie” i „gniewie bogów”. Dopiero po ponad dwóch wiekach naukowcy odkryli, że było to jedno z najsilniejszych zarejestrowanych zdarzeń geomagnetycznych na Ziemi.
Burza większa niż katastrofa z 1859 roku
Do niedawna rekordową uważano tzw. zdarzenie Carringtona z 1859 roku, kiedy silny rozbłysk słoneczny wywołał zorze widoczne aż nad Karaibami i zakłócił ówczesne sieci telegraficzne. Ale badania japońskich i chińskich astronomów opublikowane w 2017 roku w czasopiśmie Nature Communications wykazały, że Magnetyczna burza z 1770 roku mogła być nawet silniejsza i trwalsza.
Analiza dawnych kronik, dzienników żeglarzy i zapisków mnichów pokazała, że zorze były widoczne na szerokości geograficznej 18 stopni – czyli niemal nad Hongkongiem i na południu Japonii. To tak, jakby dziś zorze polarne można było oglądać w Hawanie albo Bangkoku.
Naukowcy sięgają do archiwów
Współczesny zespół badaczy z Uniwersytetu w Nagoi przeanalizował setki historycznych tekstów z epoki Edo oraz chińskich kronik prowincjonalnych. W nich znajdowały się relacje o „czerwonym niebie, które nie gasło nawet po świcie”. W tym samym czasie europejscy astronomowie notowali nietypową aktywność słoneczną – ogromne plamy widoczne gołym okiem.
Porównanie tych zapisów z modelem cykli słonecznych pozwoliło odtworzyć przebieg zjawiska. W drugiej połowie września 1770 roku Słońce wyemitowało serię gigantycznych rozbłysków. Ładunki elektryczne i plazma dotarły do Ziemi po kilkudziesięciu godzinach, powodując magnetyczne burze.
Zorze pojawiły się 10 września i utrzymywały przez kolejne dziewięć nocy. Tak długi czas aktywności oznacza, że Ziemia była bombardowana przez kilka kolejnych fal plazmy, prawdopodobnie z tego samego regionu aktywnego na Słońcu.
Co by było, gdyby powtórzyła się dziś?
Naukowcy ostrzegają, że Magnetyczna burza z 1770 roku to nie tylko ciekawostka historyczna, ale i ostrzeżenie. Gdyby zjawisko tej skali nastąpiło w XXI wieku, mogłoby zniszczyć znaczną część satelitów, zakłócić komunikację GPS i internet satelitarny, a także doprowadzić do awarii sieci energetycznych.
Symulacje przeprowadzone przez NASA wskazują, że współczesny odpowiednik burzy z 1770 roku kosztowałby światową gospodarkę nawet 2 biliony dolarów. Wystarczyłby jeden potężny koronalny wyrzut masy, by pozbawić prądu miliony ludzi.
Zorze polarne nad światem sprzed epoki elektryczności
To, co czyni zjawisko z 1770 roku wyjątkowym, to fakt, że wydarzyło się w czasach bez technologii. Nikt nie miał radia, kabli, satelitów – nikt więc nie zauważył skutków elektromagnetycznych. Zapisali je tylko ci, którzy widzieli niebo.
Chińskie kroniki opisują, że w prowincji Shandong „niebo było czerwone przez trzy noce, a zwierzęta nie spały”. W Japonii mnisi z klasztoru w Kyoto notowali „światło jakby z pożaru, które przesuwa się po niebie i znika o świcie”. W Australii natomiast pojawiły się relacje żeglarzy, którzy myśleli, że widzą płonące statki.
Współczesna analiza tych źródeł pozwoliła obliczyć intensywność zjawiska. Wartości pola magnetycznego osiągały poziom, przy którym dzisiejsze urządzenia GPS przestałyby działać całkowicie.
Tajemnica długiego trwania
Jednym z największych zaskoczeń dla naukowców była długość zjawiska. Typowe burze geomagnetyczne trwają 1–2 dni, tymczasem Magnetyczna burza z 1770 roku utrzymywała się dziewięć dni. To oznacza, że Słońce wytworzyło serię powtarzających się rozbłysków, uderzających w Ziemię w kilkudniowych odstępach.
Naukowcy sugerują, że w tamtym czasie na powierzchni Słońca znajdowała się tzw. „supergrupa plam”, rozciągająca się na szerokość ponad 100 000 kilometrów. Tak duże struktury zdarzają się niezwykle rzadko – średnio raz na kilkaset lat.
Magnetyczna burza z 1770 roku a dzisiejsze obserwacje
Od tamtej pory ludzkość nauczyła się monitorować aktywność Słońca. Dziś satelity obserwują koronalne wyrzuty masy niemal w czasie rzeczywistym. Jednak Magnetyczna burza z 1770 roku wciąż stanowi punkt odniesienia dla astrofizyków.
W ostatnich latach odnotowano kilka silnych zdarzeń (m.in. w 1989 i 2012 roku), ale żadne nie osiągnęło takiej mocy. W 2012 roku podobny rozbłysk minął Ziemię o zaledwie dziewięć dni orbitalnych – gdyby uderzył, skutki mogłyby być katastrofalne.
Dlatego naukowcy badają dawne kroniki, by lepiej zrozumieć cykle słoneczne. Stare zapiski o zorzy polarnej są dziś traktowane jak dane naukowe – pomagają przewidzieć przyszłe zagrożenia.
Historia, która może się powtórzyć
Zjawiska takie jak Magnetyczna burza z 1770 roku przypominają, że mimo całej technologii pozostajemy zależni od Słońca. Wystarczy jeden potężny rozbłysk, by cofnąć nas w czasie o kilkadziesiąt lat – bez prądu, bez internetu, bez komunikacji.
To historia sprzed epoki elektryczności, ale jej lekcja jest bardzo współczesna. Tak jak mieszkańcy Japonii 250 lat temu patrzyli w czerwone niebo z lękiem, tak dziś patrzymy w ekrany, które mogłyby zgasnąć w jednej chwili.
Źródło: Nature Communications (2017): The extreme space weather event in September 1770 inferred from historical documentsZobacz także: Uciekająca planeta, która zjada wszystko po drodze. Astronomowie przecierają oczy

















Opublikuj komentarz