🖋️ Opowiada ks. Onufry
Nie każdy święty zostawia po sobie tyle pytań, co odpowiedzi. A jednak w historii Kościoła są postacie, które zdają się wymykać zwykłym kategoriom – takie, o których trudno mówić tylko w kategoriach wiary lub przypadku. Jednym z nich był ojciec Pio, kapucyn z włoskiego San Giovanni Rotondo, którego życie do dziś fascynuje zarówno wierzących, jak i sceptyków. Stygmatyk, spowiednik, mistyk – człowiek, który przez większość życia cierpiał fizycznie, a jednocześnie pomagał duchowo tysiącom ludzi. I człowiek, który – jak sam twierdził – znał dzień i godzinę swojego odejścia.
Droga prostego zakonnika
Ojciec Pio, właściwie Francesco Forgione, urodził się w 1887 roku w Pietrelcinie, małej włoskiej wiosce. Już jako dziecko wyróżniał się głęboką religijnością – mówił, że rozmawia z Aniołem Stróżem, widzi dusze czyśćcowe i miewa wizje Matki Bożej. Dla jego otoczenia były to dziecięce imaginacje, ale dla niego samego – codzienność.
W wieku 16 lat wstąpił do zakonu kapucynów i przyjął imię Pio na cześć papieża Piusa I. Od początku jego życia zakonnego towarzyszyły mu niezwykłe doświadczenia duchowe: ekstazy, bóle, wizje i wewnętrzne walki z demonami. W listach do swojego kierownika duchowego pisał, że nocami czuje, jak „niewidzialne siły biją go i duszą”.
Choć cierpiał fizycznie, nigdy nie narzekał. Był znany z wielkiej pokory, prostoty i gorliwości w modlitwie. Współbracia wspominali, że często słyszeli, jak płacze w celi, powtarzając: „Jezu, Ty wiesz, że Cię kocham ponad wszystko”.
Stygmaty i sceptycy
Największe wydarzenie w jego życiu miało miejsce 20 września 1918 roku. Podczas modlitwy przed krucyfiksem w klasztorze w San Giovanni Rotondo ojciec Pio otrzymał stygmaty – rany odpowiadające ranom Chrystusa. Krew pojawiła się na dłoniach, stopach i boku. Zakonnicy byli wstrząśnięci. Wieść o cudzie rozeszła się błyskawicznie po całych Włoszech, a potem po świecie.
Ludzie zaczęli masowo przybywać do klasztoru. Przynosili chore dzieci, prośby o uzdrowienie, błagania o przebaczenie. Jednocześnie pojawili się sceptycy. Część lekarzy uważała, że rany mogły być efektem autosugestii lub choroby skóry. Sam Watykan w tamtym czasie zachował ostrożność – ojciec Pio został objęty obserwacją i przez kilka lat zakazano mu publicznie odprawiać Msze.
Mimo to ludzie nadal przyjeżdżali. Widzieli w nim nie tylko świętego, ale też człowieka, który potrafi przenikać dusze. W konfesjonale spędzał nawet kilkanaście godzin dziennie, a penitentów przyjmował w ciszy. Mówiono, że znał ich grzechy zanim je wypowiedzieli.
Dar proroctwa i poznania
Oprócz stygmatów, ojciec Pio posiadał dar bilokacji – miał być widziany jednocześnie w dwóch miejscach. Istnieją dziesiątki świadectw ludzi, którzy przysięgali, że widzieli go w chwilach, gdy przebywał setki kilometrów dalej.
Znany jest przypadek pilota włoskiego lotnictwa z II wojny światowej, który po locie bojowym przyszedł do klasztoru, twierdząc, że widział zakonnika w powietrzu, machającego mu ręką, by zawrócił – chwilę później jego samolot uniknął ostrzału.
Ale najbardziej tajemniczy był jego dar przewidywania przyszłości. W swoich zapiskach i rozmowach z wiernymi często wspominał o „czasie wielkiego oczyszczenia”, „dniach smutku” i „końcu epoki pychy”. Jednemu z braci zakonnych miał powiedzieć, że jego własna śmierć nastąpi dokładnie wtedy, gdy „Pan uzna, że dusze, które miałem uratować, zostały uratowane”.
Zapowiedź końca
We wrześniu 1968 roku ojciec Pio był już poważnie chory. Cierpiał na niewydolność serca i liczne komplikacje. Współbracia widzieli, że z każdym dniem słabnie, ale on sam powtarzał spokojnie: „Moje dziecko, nie martw się. Czas jest blisko”.
Kilka dni przed śmiercią poprosił, by pozwolono mu odprawić Mszę, mimo że ledwo stał na nogach. Tego dnia, 22 września, w kościele zebrały się setki wiernych. Podczas liturgii wyglądał na zmęczonego, ale twarz miał spokojną. Po zakończeniu Mszy miał powiedzieć: „Dziękuję, Jezu. To koniec”.
Następnego dnia, o godzinie 2:30 w nocy, ojciec Pio zmarł w swojej celi, trzymając różaniec w dłoniach. Był 23 września 1968 roku – dokładnie 50 lat po otrzymaniu stygmatów. W momencie jego śmierci rany, które towarzyszyły mu pół wieku, zniknęły całkowicie. Skóra była gładka, jakby nigdy ich nie było.
Po śmierci – cisza i znak
Wieść o jego odejściu rozeszła się błyskawicznie. Do San Giovanni Rotondo przybyły tłumy – setki tysięcy ludzi z całego świata. Ciało ojca Pio wystawiono na widok publiczny, a wielu świadków mówiło, że wydzielało „delikatny zapach róż i kadzidła”.
W 2002 roku papież Jan Paweł II, który jeszcze jako młody ksiądz spotkał Pio osobiście, ogłosił go świętym. Podczas kanonizacji w Rzymie uczestniczyło ponad 300 tysięcy osób. Dla wielu z nich był to dowód, że świętość to nie mit, a rzeczywistość, która potrafi przekroczyć granice ludzkiego pojmowania.
Tajemnica, która trwa
Do dziś nauka nie potrafi jednoznacznie wyjaśnić fenomenu ojca Pio. Lekarze, którzy badali jego ciało po śmierci, nie znaleźli żadnych śladów po stygmatach. Badacze próbują analizować jego listy, szukając śladów autosugestii lub zjawisk psychosomatycznych. Ale ci, którzy go znali, mówią, że jego moc nie pochodziła z ciała, tylko z ducha.
W klasztorze w San Giovanni Rotondo nadal słychać słowa, które miał wypowiedzieć na krótko przed śmiercią:
„Kiedy mnie już nie będzie, przyjdźcie do mojego grobu. Więcej dokonam po śmierci niż za życia.”
I faktycznie – miliony pielgrzymów każdego roku przybywają do jego sanktuarium, szukając pocieszenia, uzdrowienia lub choćby chwili ciszy.
Ojciec Pio pozostaje dla świata symbolem cierpienia przemienionego w nadzieję, a jego historia – przypomnieniem, że granica między tym, co ziemskie a niebiańskie, bywa cienka jak łza.
Źródło: Vatican News: 55. rocznica śmierci ojca Pio
Zobacz także: Astrologia Hitlera – 7 przepowiedni, które miały zmienić losy Operacji Barbarossa

















Opublikuj komentarz