USS Indianapolis – historia największej morskiej tragedii po II wojnie światowej

USS Indianapolis – 2D ilustracja zatopionego amerykańskiego krążownika na Pacyfiku

USS Indianapolis – historia największej morskiej tragedii po II wojnie światowej

🖋️ Opowiada ks.  Onufry

Kiedy wracam do opowieści o statkach, które nie wróciły do swoich portów, jeden z nich zawsze stoi przede mną jak widmo. USS Indianapolis. Nie tylko okręt wojenny, ale i symbol tego, jak bardzo człowiek potrafi przegrać z oceanem, losem i ludzką nieuwagą. W kronikach marynarki wojennej USA pozostawił po sobie historię, która do dziś wywołuje dreszcz.


Misja, która rozpoczęła tragedię

Okręt USS Indianapolis był ciężkim krążownikiem amerykańskiej marynarki, jednym z najszybszych i najpotężniejszych w swojej klasie. W lipcu 1945 roku otrzymał zadanie, którego nie mógł znać nikt poza dowództwem: przewieźć elementy bomby atomowej „Little Boy”, później zrzuconej na Hiroszimę. Misja była objęta taką tajemnicą, że nawet kapitan nie znał szczegółów ładunku.

Okręt wykonał zadanie błyskawicznie. 26 lipca dostarczył skrzynie na wyspę Tinian i natychmiast ruszył w dalszą podróż. Nie wiedział, że wraca przez obszar, gdzie japońskie okręty podwodne wciąż patrolują ocean. Nie wiedział też, że będzie płynąć bez eskorty – decyzja ta po wojnie stała się jednym z najbardziej krytykowanych rozkazów.


Ostatnie godziny na powierzchni

30 lipca 1945 roku tuż po północy, na otwartych wodach Morza Filipińskiego, amerykański kolos przeciął kurs z japońskim okrętem podwodnym I-58. Kapitan Mochitsura Hashimoto, dowodzący I-58, nie mógł wiedzieć, co wcześniej przewoził okręt, ale widok dużego celu był dla niego okazją, której nie chciał zmarnować.

W ciągu kilku minut wystrzelił sześć torped. Dwie trafiły. Huk był tak potężny, że część załogi nie zdążyła nawet wstać z koi. Jeden z wybuchów rozerwał kadłub w miejscu, gdzie składowano paliwo lotnicze; ogień buchnął na pokład, a maszynownia została unieruchomiona. Okręt przechylił się dramatycznie. USS Indianapolis tonął szybciej, niż ktokolwiek mógł przypuszczać.

Od pierwszego trafienia do zanurzenia minęło zaledwie 12 minut. Dla okrętu tej wielkości był to czas tak krótki, że część marynarzy po prostu nie zdążyła wydostać się na pokład. Spośród ponad 1100 członków załogi około 300 zginęło w momencie katastrofy.

Reszta — ponad 800 ludzi — wpadła do ciemnej, ciepłej wody Pacyfiku. Nie mieli pojęcia, że zostaną tam pozostawieni sami sobie na cztery dni.


Dlaczego nikt nie zauważył zaginięcia USS Indianapolis

Najbardziej tragiczny element tej historii nie rozegrał się ani na statku, ani w wodzie, lecz… przy biurkach. Okręt nie dotarł na czas do celu, ale brak meldunku nie wzbudził alarmu. System monitorowania pozycji jednostek amerykańskich w tamtym okresie był wadliwy, a część meldunków ignorowano jako „nieistotne opóźnienia”.

Co więcej, dowództwo nie otrzymało informacji, że okręt został zatopiony, a jego sygnały alarmowe nigdy nie dotarły do stacji nasłuchowych. Jeden błąd administracyjny nakładał się na drugi. Przez cztery dni USS Indianapolis figurował jako jednostka „w trasie”.

300 ludzi zginęło w eksplozjach. Prawdziwa tragedia miała jednak nadejść dopiero teraz.


Cztery dni na oceanie – prawdziwe piekło na wodzie

Woda miała temperaturę około 30 stopni — pozornie łagodną, niemal kojącą. Ale ciepłe, bezkresne wody Pacyfiku zawsze kryły w sobie coś więcej niż spokój. To dom dla setek rekinów oceanicznych: żarłaczy białopłetwych, niebieskich i jednych z najbardziej agresywnych — żarłaczy oceanicznych. Marynarze unosili się w skupiskach, niektórzy trzymając się resztek tratw, inni walcząc o równowagę w kamizelkach ratunkowych, które coraz bardziej nasiąkały wodą. Część nie miała nic — tylko nadzieję, że przeżyje do wschodu słońca.

Pierwszej nocy rekiny zaczęły krążyć. Widziały i słyszały wszystko lepiej niż człowiek — ruchy nóg, kapanie krwi, drżenie ciała z wycieńczenia. Atakowały najpierw obrzeża grupy. Czasem szarpnięcie trwało zaledwie sekundę, a marynarz zanikał pod powierzchnią, zanim ktokolwiek zdążył krzyknąć. Innym razem rekin odganiał się od silniejszej grupy, wybierając najbardziej bezbronnego. Nikt nie wiedział, gdzie zaatakuje następny. Najgorszy był strach — ciągła świadomość, że coś pod wodą krąży, uderza o nogi, zawraca i znowu nadpływa.

Drugiego dnia fale zaczęły wchodzić w ludzi jak ostrze: powoli, ale bezlitośnie. Słona woda zdzierała usta i skórę, rany zaczęły ropieć w ciągu kilkunastu godzin. Dehydratacja była tak silna, że niektórzy zaczynali pić wodę morską, wierząc, że jakoś ich ocali. To była tragiczna pomyłka — po kilku godzinach pojawiały się skurcze, delirium, a w końcu śmierć. Inni zaczynali mieć halucynacje: widzieli światła statków, wyspy na horyzoncie, czasem całe porty z ludźmi machającymi do nich z brzegu. Kilku rzuciło się w wodę, przekonanych, że widzą łódź ratunkową tuż obok.

W niektórych grupach dochodziło do konfliktów. Wycieńczony umysł robił z ludzi wrogów — o resztkę miejsca na tratwie, o ostatnią sprawną kamizelkę, o to, kto będzie trzymał się wraku, a kto ma odpłynąć. Ocean nie tylko zabierał siły fizyczne — wyrywał człowiekowi rozsądek, jeden fragment myśli po drugim.

Trzeciego dnia wielu marynarzy dryfowało już w zupełnej ciszy. Ci, którzy jeszcze żyli, mieli poparzoną słońcem skórę, oczy niezdolne do patrzenia w jasność nieba i ciała pocięte od tarcia o sprzęt i fale. Rekiny krążyły nadal — robiły to cierpliwie, bez pośpiechu, jakby wiedząc, że czas pracuje dla nich.

Czwartego dnia w wodzie unosiło się około 300 żywych marynarzy — mniej niż połowa tych, którzy wyskoczyli za burtę USS Indianapolis. Reszta zginęła nie tylko od rekinów. Utonęli z powodu zmęczenia, odwodnienia, toksycznego działania słonej wody, obrażeń, poparzeń i zniszczenia organizmu, które następowało przy każdej godzinie spędzonej na oceanie. Pacyfik stał się dla nich bezlitosną pustynią, tylko że zamiast piasku mieli pod sobą bezkresną głębię.


Ratunek, który przyszedł przypadkiem

1 sierpnia 1945 roku amerykański pilot, porucznik Wilbur Gwinn, lecąc rutynową trasą patrolową, zauważył na powierzchni oceanu plamę ropy. Z początku sądził, że to uszkodzony japoński okręt. Dopiero po chwili dostrzegł ludzi.

Jego meldunek uruchomił natychmiastową akcję ratunkową. Kilka samolotów i okrętów skierowano na miejsce. Pierwszy hydroplan wodował jeszcze przed zmierzchem, choć było to surowo zabronione — pilot uznał, że nie może czekać. Ludzie chwytali się kadłuba samolotu, a ratownicy wskakiwali do wody, żeby przyciągać rannych.

Ostatnich rozbitków wyciągnięto z oceanu następnego ranka.


Bilans tragedii USS Indianapolis

Z ponad 1100 ludzi na pokładzie USS Indianapolis uratowano 316. Reszta zginęła — największa liczba ofiar w historii amerykańskiej marynarki nie wynikająca z jednej eksplozji, lecz z błędów, zaniedbań i najokrutniejszego przeciwnika: oceanu.

Po wojnie rozpoczęto śledztwo. Kapitan okrętu, Charles McVay III, został obwiniony o „niezachowanie ostrożności”, choć nawet dowódca japońskiego okrętu podwodnego zeznał, że atak byłby skuteczny niezależnie od manewrów. McVay został skazany, zdegradowany i do końca życia nie otrząsnął się z odpowiedzialności, którą na niego zrzucono.

Dopiero w 2000 roku, ponad pół wieku po katastrofie, amerykański Kongres oficjalnie oczyścił jego imię. Zbyt późno, bo kapitan McVay odebrał sobie życie w 1968 roku.


Podsumowanie

Patrząc na los USS Indianapolis, trudno znaleźć w historii marynarki drugą opowieść, w której człowiek tak bardzo zawiódł człowieka. Okręt zatonął szybko, ale to nie morze zabiło większość jego załogi. Uczyniły to błędy, zaniedbane meldunki i brak czujności. A woda tylko dokończyła resztę. Nie ma tragedii bardziej gorzkiej niż ta, której można było uniknąć.


Źródło: USS Indianapolis – Encyclopaedia BritannicaOctavius – statek, który wrócił z lodowego grobu

Miejscowy obserwator rzeczywistości, specjalista od refleksji między jednym a drugim łykiem herbaty. Niby prosty chłop, a jednak czasem trafi w sedno tak, że biskup by przyklasnął. Lubi ławki, ciszę i patrzenie, jak inni się spieszą.

Opublikuj komentarz