Człowiek sam sobie psuje dobry dzień

Człowiek sam sobie psuje dobry dzień – Wiesio przy stole z kubkiem kawy i chmurką myśli

Człowiek sam sobie psuje dobry dzień

🖋️ od Wieśka

Są takie poranki, że człowiek budzi się z poczuciem, że dziś naprawdę będzie dobrze. Kawa pachnie, słońce świeci, nic nie boli i nikt jeszcze nie zdążył zepsuć nastroju. Ale wystarczy pięć minut i już po wszystkim. Nie dlatego, że coś się wydarzyło – o nie. Po prostu człowiek sam sobie psuje dobry dzień, tak odruchowo, jakby miał w tym doświadczenie zawodowe. Zamiast cieszyć się chwilą, zaczyna myśleć, analizować, dopowiadać. I nim się obejrzy, zamiast planować przyjemny dzień, planuje katastrofę.


wiesio_i_dwa_glosy_600px Człowiek sam sobie psuje dobry dzień

W głowie jak w radiu – tylko że bez przycisku „mute”

Zauważyłem, że najczęściej dzień psuje mi nie to, co się wydarzyło, tylko to, co pomyślałem. Wystarczy, że przypomni mi się jakiś stary wstyd z liceum albo ktoś coś kiedyś powiedział nie tak, i już potrafię rozkręcić w sobie festiwal złych emocji. Kiedyś nawet próbowałem się z tego wytłumaczyć przed samym sobą. Myślałem: „no tak, może to pogoda, może zmęczenie, może brak snu”. Ale nie – po prostu człowiek sam sobie psuje dobry dzień, bo jego głowa nie umie siedzieć cicho. To taki osobisty radiowęzeł, który nadaje w kółko, a program nazywa się „Co mogło pójść nie tak”.

Najgorzej jest rano, przy pierwszej kawie. Wystarczy jedno spojrzenie w telefon i już zaczyna się analiza: rachunki, wiadomości, pogoda, polityka. I zanim kawa się skończy, człowiek ma już humor jak po pogrzebie. A przecież nic złego się nie stało. To tylko umysł, który postanowił zrobić małe przedstawienie o tytule „Dramat codzienny, akt pierwszy”.


Jakby człowiek miał w środku małego sabotażystę

Z wiekiem zauważyłem, że każdy z nas nosi w sobie takiego małego sabotażystę – cichutkiego, ale skutecznego. On nie krzyczy, tylko szepcze: „a na pewno się uda?”, „a może lepiej się nie cieszyć za wcześnie?”. I człowiek, zamiast cieszyć się z chwili, zaczyna rozważać, kiedy mu się noga powinie. To jakby ktoś postawił piękny tort przed tobą, a ty zamiast go spróbować, zastanawiasz się, czy nie jest za słodki.

Pamiętam, jak kiedyś miałem dzień idealny – wszystko się układało, robota zrobiona, kawa gorąca, nawet żona się uśmiechała. I wtedy pomyślałem: „za dobrze idzie, coś się pewnie zaraz posypie”. I wiesz co? Posypało się. Nie dlatego, że los tak chciał. Po prostu ja już byłem przygotowany na porażkę. A jak człowiek jest gotowy na najgorsze, to prędzej czy później to „najgorsze” się znajdzie.


Porównywanie się – sport narodowy

Jednym z lepszych sposobów, żeby zepsuć sobie dzień, jest wejście do internetu. Niby z ciekawości, a potem wychodzisz z poczuciem, że wszyscy żyją lepiej niż ty. Ktoś był na wakacjach, ktoś ma nową kuchnię, ktoś inny codziennie biega, a ty pijesz kawę w tym samym kubku od trzech lat. I zamiast się cieszyć, że masz chwilę spokoju, zaczynasz się zastanawiać, dlaczego nie masz życia jak oni.

Ale wiesz co? To też klasyczny przykład, jak człowiek sam sobie psuje dobry dzień. Bo tak naprawdę nie masz pojęcia, jak wygląda życie tych ludzi. Widzisz tylko obrazek. A w środku może być chaos większy niż w mojej szufladzie z kablami. Tylko że głowa tego nie analizuje – ona od razu odpala porównywarkę nastrojów. I zanim się obejrzysz, zadowolenie znika, a zostaje poczucie, że „powinieneś mieć więcej”. A przecież czasem najwięcej to właśnie ta spokojna kawa w starym kubku.


Myśli z odzysku

Czasami dzień psuje nie teraźniejszość, tylko przeszłość. Niby już dawno coś się skończyło, człowiek zapomniał, pogodził się, a tu nagle bach – wspomnienie sprzed pięciu lat. Albo coś, co powiedziałeś kiedyś nie tak. I już koniec. Zamiast żyć dniem dzisiejszym, człowiek siedzi w tamtym, starym, przeżuwa sytuację i myśli: „czemu ja to wtedy tak powiedziałem?”. A przecież tamten dzień już minął. Nie wróci. Możesz tylko zepsuć sobie ten obecny.

Kiedyś powiedziałem do siebie: „Wiesio, przestań się bić z duchem przeszłości. On i tak już wygrał, bo jego czas minął.” I to była jedna z mądrzejszych rzeczy, jakie sobie powiedziałem. Bo naprawdę – człowiek sam sobie psuje dobry dzień, kiedy wraca do spraw, które już dawno nie mają znaczenia.


Nie wszystko trzeba analizować

Mam wrażenie, że im więcej człowiek wie, tym trudniej mu odpuścić. Kiedyś żyło się prościej – jak było dobrze, to było dobrze. Teraz każdy moment trzeba przeanalizować, nazwać, ocenić. A potem, zamiast się cieszyć, człowiek czuje się zmęczony. Bo ile można myśleć o tym, co się czuje?

Czasami najlepszym lekarstwem na popsuty dzień jest nie robić nic. Serio. Nie biec, nie poprawiać, nie planować – tylko usiąść i wypić kawę. Bez filozofii, bez moralizowania, bez zastanawiania się, czy to ma sens. Bo sens ma właśnie to, że nie musisz mieć sensu na wszystko.


Morał przy ostatnim łyku

Z wiekiem nauczyłem się jednego: człowiek sam sobie psuje dobry dzień, bo nie potrafi po prostu pozwolić mu być. Zawsze coś poprawia, rozmyśla, analizuje. A wystarczyłoby odpuścić – przestać być sędzią we własnym życiu i zacząć być obserwatorem. Bo kiedy przestajesz walczyć o „idealny dzień”, ten dobry przychodzi sam.

Więc jeśli jutro znowu wstaniesz i poczujesz, że znów coś ci nie gra – przypomnij sobie Wiesia. I powiedz sobie: „Nie dziś. Dzisiaj nie będę sobie przeszkadzał.” Bo świat sam potrafi człowieka zmęczyć – nie ma sensu mu jeszcze pomagać.


źródło: Psychology Today – Why We Sabotage Our Own HappinessZobacz także: Nie da się naprawić kogoś, kto nie chce być naprawiony

Miejscowy obserwator rzeczywistości, specjalista od refleksji między jednym a drugim łykiem herbaty. Niby prosty chłop, a jednak czasem trafi w sedno tak, że biskup by przyklasnął. Lubi ławki, ciszę i patrzenie, jak inni się spieszą.

Opublikuj komentarz